Wariackie Papiery · nr 3 · lipiec 2026

Nie Gonić Króliczka

Stany maniakalne, odkrywanie sensu życia i powołania. Jak odróżnić inspirację i zwyczajne poszukiwania od manii, oraz po co nam 'reality check' z zaufaną osobą?

Stany maniakalne zaburzenia afektywnego dwubiegunowego typu I (ChAD w ICD-11: główny kod 6A70) lubią charakteryzować się absolutną i niepodważalną pewnością, że oto odkryliśmy właściwy cel życiowy/powołanie/sens życia/tajemnicę wszechświata/boski przekaz/esencję własnej natury, i jeśli tylko za tym wezwaniem podążymy, to jak za dotknięciem magicznej różdżki nasze życie się odmieni oraz nabierze cudownego, wyjątkowego albo wręcz wybitnego charakteru. Osoba chorująca, która przecież – prawdopodobnie jak większość ludzi, a może nawet bardziej właśnie dlatego, że choruje – chce nadać swojemu życiu jakiś sens, znaczenie i cel, znajduje się na grząskim gruncie pomiędzy inspiracją, zaciekawieniem, poszukiwaniami, pewnością a manią.

Opierając się na własnym doświadczeniu mogę stwierdzić, że najbardziej pomocny jest w tym przypadku „reality check" z zaufaną osobą – skierowanie do niej na przykład takich pytań: Czy ten temat mnie przypadkiem chorobliwie nie pochłania? Czy potrafię jeszcze rozmawiać o czymś innym? Czy zaniedbuję większość spraw, które do tej pory były dla mnie ważne? Czy podejmuję nietypowe, przełomowe decyzje, które nie pasują do tego, co mówiłam czy jak działałam całkiem niedawno? Czy reaguję wściekłością czy zaprzeczam faktom w odpowiedzi na próby odwiedzenia mnie od tych decyzji? Jeśli odpowiedzi brzmią twierdząco – czas włączyć hamulec ręczny. Dalsza jazda może zagrażać zdrowiu i życiu.

Jakiś czas temu otworzyła się w mojej głowie nowa komnata (tak czasem widzę swój umysł – jak zamczysko obronne z wieloma pomieszczeniami), związana z tożsamością płciową. Poruszam się po niej ekstremalnie powoli i ostrożnie, bo nie chcę, żeby do zamku wlazła Maniakalna Bestia i pożarła wszystko, co się tam znajduje. Nie dążę do jasności, ponieważ wiem, że może być pułapką, skupiam się więc na poszukiwaniach w zwolnionym tempie; wyjątkowo nie chcę obłożyć się literaturą z tego tematu i skonsumować ją w trzy doby, czytam więc na raty; nie poświęcam temu zagadnieniu więcej niż kilka godzin w tygodniu, ale jednocześnie nie wypuszczam go z rąk, bo wydaje mi się zbyt ważne, by je zamknąć i o tejże komnacie całkowicie zapomnieć.

Przechadzając się po niej, przywołuję – ale nie na siłę – obrazy z wczesnego dzieciństwa; przypominam sobie też zdjęcia z tamtego okresu. Wydaje mi się on z dzisiejszej perspektywy szczęśliwym czasem, bo czasem „poza płcią". Miałam często (choć nie zawsze) krótkie włoski, nosiłam zarówno spodnie, jak i sukienki; nie przypominam sobie żadnego marzenia o byciu ani księżniczką, ani rycerzem czy piratem. Lubiłam się bawić we wraku samochodu na placu; kochałam małpki i uwielbiałam aktywność fizyczną na wszelkiego rodzaju drabinkach, zjeżdżalniach czy drewnianych zamkach. Mam wrażenie, że dziewczyńskość – czy chłopcość – nie były wtedy w ogóle dla mnie żadnym tematem. Byłam sobą. Określenie się pod kątem płci nie miało absolutnie żadnego znaczenia. A że były to czasy komunizmu, nosiłam to, co było dostępne, bez podziału na różowe czy niebieskie; po prostu to, co dało się kupić lub zdobyć.

Teraz – czterdzieści lat później – czuję się bardzo, bardzo podobnie; poza płcią. Jestem świadoma, że moje ciało jest ciałem kobiety, co czasem mi przeszkadza, bo bywa fizjologicznie i hormonalnie niewygodne; jednocześnie nie czuję żadnej potrzeby bycia w ciele męskim – byłoby to zamienienie jednego futerału na inny (nie wiem skąd to porównanie). Jeśli chodzi o ekspresję mojej płci, zdecydowanie stawiam na pierwszym miejscu komfort i poczucie zgody ze sobą; nie chcę się „przebierać", a jedynie ubierać tak, jak mi odpowiada. Makijaż nakładam kilka razy do roku, na wielkie wyjście, włosy ponownie mam długości 11mm; czasem ubieram sukienki, a czasem wyglądam jak dwudziestoletni nerd w za szerokich sztruksach, podkoszulce z bohaterami anime i czapeczce z daszkiem. Z moim żeńskim imieniem nie miałam nigdy wyjątkowej relacji; było to nadane miano, co do którego nie miałam przecież wyboru; nauczyłam się na nie reagować, wszyscy mnie z nim identyfikowali i tak pozostało.

Mimo wszystko, w ramach eksperymentu spróbowałam ostatnio ubrać się „stosownie" do swojej płci i wieku, to znaczy tak, jak – według mnie – ubiera się latem większość kobiet po czterdziestce. Założyłam sukienkę oraz sandały na lekkim obcasie. Na początku jakoś szło, następnie z każdą minutą było gorzej, aż do głębokiego pragnienia zdarcia z siebie tej sukienki w konktekście tych butów (gdybym miała trampki, byłoby ok); miałam wrażenie, że ktoś mnie przebrał na siłę i że zaczynam się dusić, chcę się wyrwać, wydostać z tej inscenizacji pod tytułem „Być Kobietą", aż zaczęło mi być naprawdę niedobrze. Tak, oczywiście w późniejszym wieku byłam przebierana za „grzeczną dziewczynkę" i zapewne te wspomnienia uruchomiły cały mój „złostan"; nie sądziłam jednak, że po tylu latach dotrze do mnie, ile to dostosowanie mnie wtedy kosztowało.

Bycie poza płcią przepełnia mnie poczuciem bezpieczeństwa, pozwala mi na głębszy oddech, na zrelaksowanie się w sobie; pozwala mi się NIE silić, NIE porównywać, NIE zastanawiać, a nawet – lub przede wszystkim – NIE przynależeć do grupy, która nie jest moją. Wiem, że tym samym zaczynam odstawać (znowu) od „normy", ale wiem też, bo doświadczyłam tego wielokrotnie, jak kosztowne są próby przycięcia siebie do normy, gdy się do niej nie do końca pasuje. Myślimy sobie, że obetniemy tylko tyle i tyle i jakoś damy radę, ale okazuje się, że to nie koniec procesu dopasowania; że trzeba jeszcze wyciąć czy nagiąć to i to, a może nawet coś złamać, aż w końcu powoli zaczynamy zapominać, kim byliśmy w swej istocie, bo ta pamięć byłaby zbyt bolesna.

Przechadzam się tymczasem spokojnie po komnacie, oddycham i uśmiecham się, nie przyspieszając, nie nakręcając się, nie naciskając, jak łagodny detektyw.

„Jestem zmęczona byciem »silną osobą«. Chcę być półtorakilogramowym Pomeranianem, należącym do bogatej pańci, noszonym w torebce Diora, karmionym kurczakiem z rożna przez całe życie aż do śmierci na zawał serca w wieku sześciu lat."darkalchemy7, z sieci

Aktualności

Jedna z sympatyczniejszych galerii sztuki w centrum Berna udostępniła za darmo swoją przestrzeń jako atelier dla naszego stowarzyszenia artystów żyjących z diagnozą psychiatryczną. Plotka głosi, że stało się tak, by uczcić odwołanie zarządu, z którym większość artystów już długo żyła na bakier (wniosłam nieduży wkład w grupę rebeliantów). Namalowałam tam w lipcu cztery bajkowe stworzenia, prezentuję wam jedno z nich. Przyjaciółki i przyjaciele mówią, że wygląda na trochę straszne i zarazem słodkie; dumne, a jednocześnie ostrożne.

Jeśli macie ochotę do mnie napisać, możecie to zrobić przez www.artystkaprzetrwania.pl w zakładce Kontakt.

Istota, 2026, akryl i markery na papierze
„Istota", 2026, akryl i markery na papierze

Ten tekst ukazał się w newsletterze Wariackie Papiery. Nowe numery wysyłam raz w miesiącu — zapis w sekcji Kontakt.