Wariackie Papiery · nr 5 · wrzesień 2026

Mistrz Niespełnionych Obietnic

Żałoba nie zawsze odbywa się etapowo i nie zawsze wygląda linearnie. Bywa, podobnie do choroby dwubiegunowej, jak nawracający, niechciany cykl.

Żałoba nie zawsze odbywa się etapowo i nie zawsze wygląda linearnie. Dla mnie jest jak unoszenie się w bezkresnym, burzliwym morzu. Co jakiś czas zachłystuję się smutkiem, opadam na dno, wynurzam się, wygrażając niebiosom i krzycząc albo zamarzam i popadam w odrętwienie.

Kilka tygodni temu zmarł mój piesek. Zawsze idiotyczne wydawało mi się określenie „przedwczesna śmierć", bo to tak, jakby wobec tego była jakaś śmierć „na czas". Przecież gdy umiera ktoś bliski, zwykle chcielibyśmy mimo wszystko ugrać jeszcze lata, miesiące albo chociaż dni. Mój piesek umarł w połowie życia, które przewidują statystyki dla jego rasy, można więc powiedzieć, że statystycznie rzecz biorąc zmarł „przedwcześnie", ale idę o zakład, że zawsze byłoby to „przedwcześnie", nawet za kolejne osiem lat.

Gdy wróciliśmy z kliniki dla zwierząt - po raz trzeci w tym roku - usłyszeliśmy, że już nic się nie da zrobić i to uporczywe leczenie nie ma sensu. Te słowa przeniosły mnie w czasie do końca 2021, gdy również padło wiekopomne „nic już się nie da zrobić" - a do tego zdania nigdy się nie przyzwyczaję. W moim słowniku nie ma „nic już się nie da zrobić". To zdanie w innym, najbardziej obcym z obcych języku, którego nie potrafię się nauczyć, choć podejrzewam, że bardziej nie chcę.

Nie pamiętam już, kiedy byłam tak wściekła, jak po śmierci naszego pieska. Byłam wściekła na Życie. Śmierć, pomyślałam sobie, jest przynajmniej fair: wiadomo, że przyjdzie i zawsze przychodzi. Niczego nie obiecuje, bo i nie ma czego obiecywać. A Życie? Co za cwany sukinsyn (płci męskiej w moim prywatnym słowniku). Mistrz Niespełnionych Obietnic, Sprzedawca Bajek, Malarz Najpiękniejszych, Nieistniejących Landszaftów, Cudotwórca-Hochsztapler, Zaklinacz Rzeczywistości i tak dalej. W tym momencie znienawidziłam Życie za to, że obiecywał mi towarzysza na wiele lat, a nagle go zabrał; obiecywał mi zdrowie, a dał chorobę, a w zasadzie kilka; obiecywał karierę, a dał rentę inwalidzką; obiecywał pieniądze, dał – no cóż, przemilczmy; szczęście podmienił na zgryzotę i litanię zmartwień; autostrady do nieba zamienił na wyboiste, kręte drogi nad przepaścią; miłość - na szczęście - podarował z naddatkiem, ale nie cukierkową, tylko trochę też poranioną. Cała moja gorycz w stosunku do Życia znalazła ujście wraz ze śmiercią mojego psa, bo miał przecież żyć 16 lat, a pożył 8, ponieważ Mistrz Niespełnionych Obietnic znowu postanowił mnie okłamać. „Kocham cię, życie", śpiewamy, ale ja mogłabym w tym momencie zaśpiewać „Nienawidzę cię, ty sk*rwysynu".

Po wściekłości przyszedł czas na myśli samobójcze, bo dla osób chorujących tak ciężkie wydarzenie jak śmierć członka rodziny uderza w gong mózgu jeszcze mocniej niż u tych zdrowych. Potem każdej nocy koszmary senne, takie, w których krzyczę aż do zdarcia gardła i ten krzyk mnie budzi, choć okazuje się, że krzyczałam tylko we śnie. Sny o falach, których dawno nie miałam i te nieszczęsne ruminacje: może jednak dało się coś jeszcze zrobić? Może coś przegapiliśmy? Może powinniśmy byli skonsultować się jeszcze z dziesiątym lekarzem? Może popełniłam jakiś błąd? Och, jakże wolałabym popełnić błąd niż stanąć w obliczu rzeczywistości, w której NIC SIĘ NIE DA ZROBIĆ! Poczucie winy jest łatwiejsze niż bezradność, tak już mają ofiary traumy, wiem, skąd to pochodzi, ale mimo to czy potrafię zatrzymać te nawracające myśli?

Wszystkie zabawki, akcesoria, łóżeczka nadal są z nami. Nie tykać, nie zabierać. Jakże to różne wobec tego, jak postąpiłam po śmierci mojej mamy; tak dużo i szybko rozdaliśmy, wyrzuciliśmy, tak mało zostawiliśmy. Trzymam stare zabawki, kocyki, schodki do łóżka, pelerynki, wszystko, co przyjdzie ci do głowy; urnę też trzymamy w pokoju, bo piesek wciąż jest z nami, choć w innej formie, tak sobie żartujemy. A przez to, że nie mamy wspólnych dzieci, to właśnie on był jak dziecko, chorowite, ukochane, czasem frustrujące, ale jednak najsłodsze.

Ten weekend spędziliśmy na festiwalu japońskim i w ogrodzie botanicznym, do których wstęp z psami jest wzbroniony. Z jednej strony byłam ucieszona, że możemy tam być razem, zamiast jak zwykle dzielić się na jednoosobowy zespół zwiedzający oraz jednoosobowy zespół czekający z psem, z drugiej – czułam się bardzo, bardzo winna właśnie z powodu tego, że się cieszę. To była obciążona radość, radość i żal w jednym.

Nie wiem, kiedy przestanę nienawidzić Życie; z pewnością zaczęłam mu jeszcze mniej ufać i na pewno nie uwierzę w żadne jego słodkie obietnice.

A jeśli przyniesie czekoladki to najpierw sprawdzę, czy aby nie są trujące.

Królik: Kiedy masz depresję, czujesz się zmarznięty. Świat wydaje się zupełnie pusty, a ty – całkowicie samotny. Tak, jakbyś był jedyną osobą na Ziemi.Magik: Och, jak dobrze, że mnie to nie dotyczy.

Aktualność i obraz

Skończyłam moją serię androgenicznych obrazów, inspirowanych chińską popkulturą. Czekają na wystawę. Poniżej ostatni z nich. A pozostając w klimacie azjatyckim – moje zdjęcie z japońskiego festiwalu, w kimono.

Ostatni obraz z serii androgenicznej, inspirowanej chińską popkulturą
Ostatni obraz z serii androgenicznej, inspirowanej chińską popkulturą.
Zdjęcie z festiwalu japońskiego, w kimono
Zdjęcie z festiwalu japońskiego, w kimono.

Ten tekst ukazał się w newsletterze Wariackie Papiery. Nowe numery wysyłam raz w miesiącu — zapis w sekcji Kontakt.