Apokalipsa, która ocaliła układ nerwowy
Gdy żadne strategie nie działają, a układ nerwowy pracuje na wysokich obrotach: filmy o zombie i inne, kontrintuicyjne i nietypowe strategie wyciszania.
Czasem jesteśmy w takim stanie, że żadne strategie, które znamy i które próbujemy zastosować, ani też te polecane przez specjalistów chwilowo nie działają. Momenty, w których czuję bezradność to dla mnie najgorszy możliwy scenariusz. Co ciekawe, w pozostałych językach, w jakich się porozumiewam, słowo „bezradność" (co sugeruje brak rady albo dawania rady), to „helpless" i „hilfloss", bycie bez pomocy; bezpomoc brzmi dla mnie jakoś mniej strasznie niż bezradność. Pomimo tego, że mój układ nerwowy w takich chwilach spina się jeszcze bardziej, bo jego część współczulna, działająca niezależnie od woli, decyduje się prowadzić mnie na jeszcze wyższych obrotach, abym w końcu, do cholery, znalazła jakieś wyjście albo przynajmniej była non stop gotowa do walki – pomoc może przyjść z najmniej spodziewanej strony.
Ostatni czas był dla mnie jeszcze cięższy niż zwykle, choć nawet mnie trudno sobie to wyobrazić. Wspomniany układ współczulny postanowił więc, że to moment na zmobilizowanie wszystkich możliwych sił, w tym rezerwowych, a przywspółczulny, który ma za zadanie współpracować z tym pierwszym jako siła uspokajająco-łagodząca, został, najwyraźniej, wyrzucony z pracy albo wysłany na przymusowe wakacje. Dobrym zilustrowaniem tej sytuacji jest poranek, w którym – mimo, że wieczorem biorę tabletkę ułatwiającą zaśnięcie oraz śpię używając specjalnych zatyczek do uszu – budzi mnie szczekanie psa w oddali, w wyniku czego zrywam się, niepewna, czy to szczeka mój pies, czy cudzy; zaczynam go szukać w mieszkaniu, nie mogę znaleźć; patrzę na otwarte drzwi balkonowe i mimo, że mamy barierkę, zaczynam się rozglądać, czy nie wypadł (jakby mogło do tego dojść – nie wiem), ponieważ ten scenariusz wydaje mi się najbardziej prawdopodobny; następnie pędzę do łazienki, wypytując mojego męża, gdzie jest pies, biegnę z powrotem do pokoju i… znajduję go leżącego spokojnie na tym samym łóżku, z którego tak gorączkowo się zerwałam.
Wstyd, wstyd i żal, że jestem takim połamanym człowiekiem, a w zasadzie pół-zwierzątkiem, w stanie takim, jakby niedawno uciekło z fermy, gdzie mieli je przerobić na futro. CPTSD (Złożony zespół stresu pourazowego, w Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-11 kod 6B41.1) powoduje trwałe zmiany w mózgu i układzie nerwowym (nie tylko zmiany w osi HPA, ale w układach neuroprzekaźników oraz takich strukturach jak hipokamp, ciało migdałowate czy kora przedczołowa); można powiedzieć, że właśnie takim, pozmienianym wieloletnim stresem zwierzątkiem jestem.
Ale…wiemy już, że pomoc może przyjść z najmniej spodziewanej strony, prawda?
W moim przypadku – ze strony apokalipsy zombie.
Czasem, gdy jest ze mną źle, oglądam horrory. Lubię zwłaszcza proste filmy o zombie, bo a) wszyscy, bez wyjątku, mają absolutnie przechlapane – zagrożenie jest totalne i egalitarne, b) wiadomo, że większość bohaterów zginie – choć wszyscy starają się jak mogą, nadal istnieje duże prawdopodobieństwo, że im się nie uda, c) poziom bezradności osiąga 99%, kolejne plany nie wypalają, pozostaje jedynie improwizacja i liczenie na cud.
Natrafiłam ostatnio na jeden z takich filmów (hiszpański) i w ciągu doby obejrzałam go cztery razy. Dlaczego? Otóż zauważyłam, że podczas oglądania mój układ nerwowy się uspokaja. Spowalnia mi się rytm serca, oddech, myślenie, zmniejsza napięcie w ciele, tak, jak zdrowym ludziom podczas masażu czy medytacji. Ten konkretny film, w którym przecież światu grozi zagłada, większość bohaterów ginie, a wszędzie czai się zagrożenie i nie sposób go do końca przewidzieć, okazał się na jakimś bazowym poziomie odwzorowaniem tego właśnie poczucia zagrożenia, w którym mój układ nerwowy funkcjonuje ostatnio. Ja dostroiłam się do filmu, a film do mnie, i to lustro zadziałało na mnie w tym momencie uspokajająco jak nic innego; jak ciepłe mleko na bobasa. (Może właśnie taka apokaliptyczna atmosfera panowała w łonie mojej matki – nie zdziwiłabym się, ale to już materiał na inne rozważania).
Nie piszę tego, droga osobo czytająca, żebyś potraktowała apokalipsę zombie jako strategię, która zadziała dla ciebie. Jeśli szukasz czegoś dla siebie, idź tropem cielesnym, niekoniecznie myślowym; rozglądaj się za czymś nieoczywistym, co ci przynosi ulgę, nie szkodząc ani tobie, ani innym. Może to czytanie lub oglądanie bajek? A może wręcz przeciwnie, thrillerów i kina akcji? Może muzyka klasyczna, a może właśnie ogłuszający death metal? Może ruch – spowolniony albo przyspieszony, ekspresyjny, kopanie, boksowanie? Zrobienie czegoś, co nie ma żadnego sensu i pozornie niczemu nie służy? Słuchanie odgłosów natury? (są specjalne aplikacje z dźwiękami deszczu, lasu czy morza) Gotowanie? Lepienie pierogów? Wrzeszczenie? Może komedie romantyczne? A może horrory. Zapomnij o tym, co „dziwne", co „wypada", co „działa" i zrób coś zaskakująco kojącego dla siebie.
„– I to nasz najlepszy plan?
– Nie wiem czy najlepszy, ale jedyny."z filmu Malnazidos
Aktualności
W połowie czerwca miał miejsce wernisaż wystawy grupowej w Muzeum Psychiatrii w Bernie, w której biorą udział moje obrazy. Załączam wam jeden z nich – Królową Zwierząt.

Ten tekst ukazał się w newsletterze Wariackie Papiery. Nowe numery wysyłam raz w miesiącu — zapis w sekcji Kontakt.